Chapter 8:
Full Control
ROZDZIAŁ 4
“Yakedo! Dlaczego uderzyłeś tamtego chłopca?” pyta głos zaniepokojonej i zmartwionej kobiety. Głos sam w sobie jest gładki, ciepły i zmęczony choć próbuje tego po sobie nie poznać.
“On zaczął!” odpowiada pełnią emocji, zdenerwowane dziecko. “Śmiał się z koloru moich włosów… i z tego że mieszkamy sami…”
“... Mówiłam ci że to żaden powód żeby kogoś uderzyć.” W jej głosie słychać przemianę przez słowa syna. Kobieta przełyka wzburzenie i własne emocje żeby skupić się na swoim dziecku. “Pamiętaj że dla mnie jesteś idealny. Co cię obchodzi opinia jakiś bachorów? Dla mnie zawsze będziesz moim pięknym, słodkim, małym chłopcem, i to się nie zmieni. Ale to nie może się powtórzyć, jasne? Przemoc nie jest żadnym rozwiązaniem, Yakedo… Yakedo…”
“Yakedo?” głos który wcześniej słyszał powoli zmienia się. Wcześniej kobiecy i znajomy, przyjazny dla ucha i wzbudzający nostalgię, teraz powoli przemienia się w ochrypły i niski, męskim. Gdy w poprzednim było słychać jedynie nutkę zmęczenia, tak w tym jest to bardziej całe morze zmęczenia.
Yakedo dopiero wtedy zdaje sobie sprawę ze swojego otoczenia i sytuacji. Siedzi teraz w radiowozie. W jego rękach trzymany jest pistolet w który wpatrzony był niewiadomo ile czasu, niczym w transie. Po jego czole spływa zimny pot który jeszcze bardziej pobudzają go do świadomości. Krople powoli spadają na metalową broni, tworząc rzekę spływającą wzdłuż lufy aż do materiału spodni.
“Yakedo! Słuchasz ty mnie w ogóle, dzieciaku, czy stres przejadł ci mózg?”
“Co? Tak… Tak, słucham…”
“Gówno prawda. Skup się.” Kwituje Dan który siedzi za kierownicą radiowozu. Oczy ma skupione na drodze po której z łatwością wymija inne samochody, samemu jadąc z włączoną syreną oraz czerwono-niebieskimi światłami. Nie jest w pełni spokojny, lecz skupienie zdecydowanie góruje nad stresem, co zapewne wynika z lat doświadczenia. “Szykuj się. Sprawdź sprzęt. Chociaż przy tym ile wpatrywałeś się w ten pistolet powinieneś już znać na pamięć wymiar każdego małego elementu.”
“Wszystko sprawdzone i działa.” odpowiada Yakedo poddenerwowany.
“Dobra. Jedna zasada: Rób co mówię a przeżyjesz, jasne? Już prawie jesteśmy.”
Prawdę mówiąc to właśnie dojechali na miejsce. W momencie kończenia swojej wypowiedzi Dan już rozpoczynał parkować wśród jeszcze kilku radiowozów oraz karetki razem tworzących barykade zamykającą drogę każdemu kto chciałby wejść lub wyjść. Ulice i ściany budynków zabarwione są kolorami błękitu i czerwieni z kręcących się na pojazdach reflektorach. W pobliżu także stoją gapie chociaż dużo mniej niż przy typowych policyjnych akcjach, zapewne z dużego niebezpieczeństwa jakie panuje w okolicy, z zaburzonym psychicznie człowiekiem z bronią, tuż po drugiej stronie policyjnej barykady.
Ludzie mimowolnie zbierali się w małe grupki tworzące mini tłumy, dalej jednak trzymając się na bezpiecznym dystansie. Stoją tam różne osoby. Pracownicy pobliskich zakładów, lub tych pracujących w aktualnie zamkniętej strefie. Przypadkowi spacerowicze, ludzie idący na zakupy, uczniowie wracający lub zmierzający do szkoły. Czasem jakiś mężczyzna w garniturze, czasem jakaś stara babcia o lasce, czasem, wnioskując po długich, czarnych włosach wydostających się spod ciemnego kaptura, szczupła i niska dziewczyna. Wszyscy oni próbują jedynie oglądać to co dzieje się aktualnie za policyjną barykadą.
Nie wiadomo czy ktokolwiek przeszedł na drugą stronę bariery z pojazdów. Tam jedynie czekała cisza. Cała okolica to jedynie zwykła, małomiasteczkowa ulica której można by się spodziewać w rejonach stolicy. Nie jest to bogata metropolia pełna świateł i sklepów wielkości budynków mieszkalnych, pełna przechodniów idących ulicami od rana do nocy. Przypomina to bardziej jedną z tych biednych przedmiejskich ulic, przepełnionych samotnymi domami mieszkalnymi, po których ludzie przechodzą rzadko a każdy zna tam każdego. Zamknięta teraz ulica to coś pomiędzy tymi dwoma. To coś którędy ci z centrum przejeżdżają jedynie jadąc do kogoś w odwiedziny, a ci z przedmieści kiedy potrzebują zrobić zakupy w konkretnych sklepach których nie ma w ich okolicy. Oprócz mniejszych budynków mieszkalnych, zakładów pracy i stacji benzynowych są tu też sklepy i hotele. Zamknięty obszar obejmuje krótką, prostą drogę, gdzie z lewej strony jest jedynie ściana budynku którego wejście zapewne znajduje się z drugiej strony.
Po prawej stronie ulicy tuż obok siebie znajdują się cztery budynki. Pierwszy z nich, najbliżej strony od której przyjechali Yakedo i Dan, był lokalny sklep spożywczy, wielkości zapewne jednej alejki dużego sklepu z centrum. Następnie sklep jubilera który doznał największych widocznych szkód, takich jak wybite szyby lub doszczętnie zniszczone drzwi wejściowe. Zaraz obok był sklep rzeźnicki na którym widać jedynie niewielkie ślady po kulach, a na sam koniec, przy drugim końcu barykady, był zakład zegarmistrza po którym nie widać żadnych szkód. Pomiędzy każdym z tych budynków znajdowały się ciasne uliczki prowadzące za sklepy, do jednej, większej uliczki z których to nie było innego wyjścia, gdyż po drugiej stronie od budynków był jedynie kilkumetrowy, betonowy mur za którym był tylko wjazd na wiadukt na którym auta poruszały się z dużymi prędkościami.
Tuż po zaparkowaniu radiowozu, który Dan ustawił tak aby dołączał do barykady, Yakedo już się szykuje do wyjścia. Włożył pistolet z powrotem do kabury, odpiął pasy, lecz zanim zdążył pociągnąć za klamkę zatrzymał go Dan.
“Poczekaj. Nie wychodź jeszcze. Teraz ja się muszę przygotować.” Po wyciągnięciu kluczyków ze stacyjki Dan sięga to tylnej kieszeni swoich spodni. Z niej wyciąga małą plastikową torebkę z czerwony proszkiem jako zawartością.
“Co to jest?” pyta Yakedo w trakcie gdy Dan kładzie torebkę na deskę rozdzielczą i rozgniata pięścią na jeszcze mniejsze części.
“A jak myślisz? Cukierki dla dorosłych.” odpowiada wysypując część zawartości obok kierownicy. “Chcesz trochę?”
“Że co?!”
“Twoja strata.” Dan ignoruje oburzenie Yakedo i schyla się twarzą do czerwonego proszku. Palcem zatyka sobie jedną dziurkę od nosa, w trakcie gdy drugą wciąga całość rozsypanych narkotyków. Gdy substancja dostaje się już do organizmu jego całe ciało wzdryga się aż wali głową o czubek swojego fotela. Jego oczy ściskają się jakby miały nigdy więcej się nie otworzyć, czoło marszczy się a pięści zaciskają do stopnia w którym na całych ramionach policjanta widać wszystkie żyły. Trwa w takim stanie przez kilkanaście sekund zanim wszystko puszcza. “O kurwa! Trochę za dużo jak na jeden raz, ale mówi się trudno.”
“... Dan, co do chuja!?” Yakedo odsuwa się jak najdalej z obrzydzeniem.
“No co?” odpowiada Dan, jak gdyby nie wydarzyło się tu nic nadzwyczajnego.
“Mamy zaraz iść ryzykować życiem a ty sobie tu ćpasz w najlepsze?!”
“A kto mi zabroni? Wierz mi, gdyby dało się w tej robocie inaczej zostać o zdrowych zmysłach to bym tego nie robił. Gdyby nie to…” wspomina o w połowie pełnym woreczku który wkłada z powrotem do tylnej kieszeni swoich spodni. “Już dawno skończyłbym jak ta blond schizofremio-paranoiczka.”
“Kto?” Yakedo jeszcze nie wie że chodzi o Annie, którą widział jedynie przez pare minut na komisariacie.
“Musiała zabić dzieciaka, wielkie mi halo. Robi z siebie nie wiadomo jak wielką ofiarę jakby to był koniec świata. Mam jej już tak, kurwa, dość. Dobra! Dość tego! Idziemy!” To mówiąc Dan wysiada z radiowozu, poprawiając swój mundur jak tylko się da.
“I jak ja mam się go teraz słuchać albo jakkolwiek zaufać?” Mimo myśli nieustannie walczących w jego głowie, Yakedo także wysiada i podąża za starszym policjantem.
Dwójka policjantów z oddziału CD idą w kierunku barykady radiowozów przy której stoi dwójka innych, niedoświadczonych i młodych policjantów, zapewne z drogówki albo innych oddziałów których specjalizacją w zupełności nie są sytuacje takie jak ta, co można łatwo wywnioskować po ich wystraszonych i zestresowanych minach. Dan mimo to nie zwraca uwagi na nic innego i podchodzi do nich z wyciągniętą ręką i na nowo zmęczoną twarzą. Yakedo za to bardziej skupia się na niewidocznym zagrożeniu na zamkniętej ulicy i jedynie przysłuchuje się rozmowie.
“Jak wygląda sytuacja?” zaczyna z profesjonalną pewnością siebie Dan.
“Kazano nam zablokować wszystkie możliwe drogi ucieczki i czekać aż przyjedzie oddział CD.” odpowiada w pośpiechu młodszy policjant.
“Ofiary?”
“Dwóch rannych cywilów plus ochroniarz.”
“Ruszyliście chociaż stąd dupy?”
“Co…?” jąka się policjant, myśląc że to co usłyszał to jedynie przesłyszenie.
“Wiecie coś jeszcze?” kontynuuje bez zatrzymania Dan.
“...Chyba ukrył się u jubilera. Tak przynajmniej było jak tu przyjechaliśmy.”
“Zakładnicy?”
“Nie wiemy.”
“Japierdole…” kwituje pod nosem. Już ma dość co widać po samym jego wzroku i dłonią przeczesującą włosy. “Skąd wiemy że nie ucieknie uliczką?”
“Nie ma szans. Po drugiej stronie jest mur. Za wysoki i za płaski żeby ktokolwiek był w stanie się po nim wspiąć.” odpowiada młodszy policjant coraz bardziej przestraszony. W tym momencie bardziej boi się Dana niż kogokolwiek po drugiej stronie barykady.
“Ile to już trwa? Z pięć, dziesięć minut? Im dłużej tu czekamy tym więcej dajemy mu czasu na wymyślenie planu ucieczki. Jeszcze raz, ma jakiś zakładników?”
“Nie wiemy… Chyba nie.”
Dan patrzy na obu policjantów wzrokiem jakby kwestionował ich inteligencję, o kompetencjach nie wspominając. Postanawia jednak nie tracić czasu na zbędne komentarze i z westchnięciem odwraca się do Yakedo, kiwając głową w kierunku zamkniętej ulicy. “Yakedo, idziemy!”
“Zaraz! Mieliśmy czekać na oddział Controlerów!” upomina się jeden z policjantów.
Bez odwracania się do nich Dan jedynie macha ręką i żegna się, razem z Yakedo idąc na drugą stronę ulicy. “Do, kurwa, usług.”
Policjanci zgrabnie przechodzą pomiędzy autami na małą i niepokojąco pustą ulice. Oprócz śladów zniszczeń na budynkach, pozostawionych rzeczach i torbach na ulicy oraz świateł reflektorów nie widać nic. Żadnych ludzi, żadnego niebezpieczeństwa. Dan, z lekko pochyloną postawą i wyciągniętym pistoletem, pośpiesznie skrada się do wejścia do najbliższej uliczki. Za nim Yakedo robi to samo chociaż mniej zgrabnie, z mniejszym doświadczeniem. MImo że niedawno dopiero było południe to po wejściu do ciasnej uliczki robi się ciemno niczym późnym wieczorem.
“Co z nimi?” pyta Yakedo szeptem. “Nie lepiej byłoby pójść w czwórkę albo chociaż w trójkę? W końcu nie wiemy gdzie jest zagrożenie, ani co może zrobić.”
“Ci idioci jedynie by nam przeszkadzali. Dzieciaki w twoim wieku co pewnie też dopiero ich przyjęli. Już i tak wystarczająco ryzykuję ufając tobie. Myślałem czy może nie iść samemu ale możesz mi się do czegoś przydać.”
Całą drogę przez uliczkę Dan celuje pistoletem na jej drugi koniec. Skupionym okiem nie ściąga wzroku z celownika nawet na sekundę. Każdy jego krok jest pewny i zdecydowany. Uliczka jest brudna i pełna śmieci. Plamy od wymiocin czy innych fekaliów są tu na każdej ścianie, podobnie jak puste butelki i puszki po różnych alkoholach, niektóre jeszcze w pełni lecz większość już zbita. Czasem pod nogą przebiegnie jakiś szczur jednak nawet to nie potrafi wyprowadzić policjantów z pełnego skupienia. Gdy już zbliżają się do drugiego końca uliczki wpierw Dan, później Yakedo, przytulają się plecami do lewej ściany w ramach prowizorycznej osłony.
Tylne podwórko sklepu spożywczego na które weszli było osobliwie puste i niezagospodarowane. Jedynie kontenery ze śmieciami, lub pełne worki postawione obok nich. Tuż na wprost wyjścia z uliczki znajdował się wcześniej wspomniany mur. Mierzył około pięciu metrów i doprawdy nie miał żadnych wklęśnięć ani wybrzuszeń, jedynie barwne graffiti na różnych jego częściach. Tył sklepu na którym się właśnie znajdowali oraz tył zakładu jubilerskiego dzielił jedynie zwykły druciany płot, na oko dwumetrowy, przez który mogli bez problemu przejść przy odrobinie zwinności. Po drugiej stronie płotu czekał jedynie niepokojąco cichy budynek zakładu jubilerskiego w którym to podobno czai się niebezpieczeństwo.
Wciąż szeptem, Dan rozkazuje Yakedo aby ten go osłaniał w trakcie gdy on przejdzie przez płot. Każdy ruch stara się wykonać najciszej a zarazem najszybciej jak tylko może, jednak płot tego nie ułatwia. W tym samym czasie Yakedo uważnie przygląda się każdemu zakamarkowi drogi po drugiej stronie płotu, każdym drzwiom, każdemu oknu, każdemu śmietnikowi i każdemu dachowi. Budynek zakładu na którego teren właśnie wchodzili przypominał bardziej domek mieszkalny, dwupiętrowy, z małymi oknami, lecz to właśnie one były teraz największym zagrożeniem. Po zaledwie minucie obu policjantów było już po drugiej stronie i gotowi byli przejść do akcji.
Tylne okno zakładu, ze środka dające wygląd na obszar za budynkiem, było wybite i dopiero wtedy Yakedo zdał sobie sprawę że od jakiegoś już czasu słyszał alarm antywłamaniowy wyjący z wnętrza.
“Ty zostajesz tutaj.” rozkazuje Dan półszeptem.
“Co? Czemu?”
“Bo jest nas tylko dwójka. Ja pójdę do środka i spróbuję go obezwładnić. Wątpię, żeby się udało od tak, bo siedzi już tam od dawna, więc pewnie się jakoś zabunkrował albo obmyślił plan ucieczki. Ma tylko dwie możliwości. Albo ucieknie przodem, gdzie stojący tam policjanci cały czas obserwują teren, albo, co bardziej prawdopodobne, ucieknie tyłem. Zapewne wyskoczy stamtąd.” wskazuje na okno, piętro nad nimi. “Ale nie spodziewa się czekającego tutaj na niego ciebie. Zostań tutaj, obserwuj cały czas teren, a gdy będziesz miał okazję, zatrzymaj go. Jeżeli nie dasz rady, masz pozwolenie na strzał. I zapomnij o strzale ostrzegawczym. Strzelaj najlepiej w nogi, ale realistycznie rzecz ujmując każdy by o tym zapomniał więc strzelaj w tułów, byle byś ty przeżył. Dobra, ruszam.”
“Poczekaj!” zatrzymuje go Yakedo z widocznym zawahaniem. “Co jeśli mu coś zrobię. Postrzele albo… zabije?”
“Jeśli tak to co z tego?”
★
“I tak właśnie wpadłem na mój genialny pomysł stworzenia ta da “Neonowej Pałki”!” kończy dumnie Metal.
Minęło już wiele godzin od kiedy trójka nowych rekrutów rozdzieliła się i została przyznana tymczasowym partnerom. Jak i Yakedo tak i Mirai już dawno wyruszyli w teren razem ze swoimi partnerami, jednak Same który został przypisany do Metala przez te wszystkie godziny nie wyszedł nawet z pokoju. Cały ten czas długowłosy prowadził swój niekończący się monolog, nie zważając nawet na blondyna, do którego poniekąd mówił. Same już od dawna nie mógł się zmusić żeby go słuchać przez nieustannie zmieniające się tematy które rozumiał jedynie sam Metal, oraz dudniącą z każdej strony pomieszczenia ogłuszającą muzykę. Cały ten czas jedynie niewinnie przytakiwał do stopnia w którym od kiwania głową rozbolała go szyja.
‘Głowa mnie tak boli że zaraz nie wytrzymam. Jak on może siedzieć tu całymi dniami? Siedzę tu kilka godzin, a już czuję że zaraz oszaleję od tego jak głośna jest ta muzyka. Myślałem, że się zorientuje, że praktycznie w ogóle nie słyszałem jego opowieści przez ten hałas. Może gdybym cały czas tak głupio nie przytakiwał, to by się zorientował. Chwilę…’
Mimo nieustannej wojny myśli, jaką chłopak toczy w swojej głowie, wyciszając we własnym mózgu muzykę jak i mężczyznę przed nim, przez bardzo krótki moment uwagę Same przekłuwa jeden duży, chociaż tak naprawdę mały, szczegół. Przez chwilę gdy Metal, zatracony w swojej nieskończonej opowieści, obraca głowę w stronę blondyna, jego włosy odchylają się przez nagły ruch i opadają za jego uszy. Dzięki temu uszy mechanika były widoczne jak na tacy. To co zdziwiło Same nie były kolczyki otaczające cały obwód uszu. Nie były to też niepokojące znaki i symbole na kolczykach i tatuażu który schodził od boku twarzy aż do szyi. To co najbardziej zaskoczyło chłopaka było bardzo małe i wepchnięte głęboko do jego dziurek w uszach.
‘Nie... Bez szans. Czy to...? Czy on cały ten nosi ZATYCZKI DO USZU?!’
Same nie ma czasu prawidłowo przeżyć tej rewelacji gdy zza jego pleców wydobywa się głośny huk. Dla odmiany tym razem nie jest to część muzyki czy też kolejna automatycznie działająca maszyna. Tym razem były to drzwi, które w swoim klasycznym stylu otworzył komendant Gara Hebi. Jednak na jego twarzy brakowało uśmiechu który zawsze ze sobą nosił niczym ubranie. Twarz Gary-Gary zaskoczyła Same jak i Metala, który, jak by się wydawało, zna komendanta od lat. Gara jedynie kiwa chłopakowi głową w stronę drzwi po czym sam wychodzi. Zgodnie z rozkazem Same również wychodzi i zamyka za sobą potężne drzwi.
“Coś się stało?”
Komendant nie odpowiada. Powoli podchodzi do najbliższego okna jakby ignorował chłopaka. Kolorowy sweter z napisem “Szef #1” który nosi cały dzień i wychodząca niczym róg komiczna broda totalnie nie pasują do powagi sytuacji. Ściąga swoje okulary przeciwsłoneczne które następnie kładzie na parapecie. Długo mu zajmuje znalezienie odpowiednich słów. W tym czasie zdążył już kilka razy zmarszczyć czoło i na powrót je rozmasować. W końcu nie odwracając się od okna mówi do chłopaka.
“Szykuj się. Zaraz jedziesz w teren.”
“Co? Dlaczego?” dziwi się Same. “Znaczy… Nie żebym protestował, tylko ciekawi mnie skąd taka nagła zmiana?”
Odpowiedzi której po chwili podał Gara-Gara Same się nie spodziewał. Jego źrenice rozszerzyły się, a głęboko pod skórą rozległ się zimny dreszcz. Trzy słowa. Tyle wystarczyło żeby doprowadzić go do tego stanu.
“Ale… Jak to?” wyjąkał.
“Nie wiem. Drugi duet jest już w drodze. Ty też powinieneś tam być. Aiden cię zawiezie.”
“Aiden…?” powtarza samoistnie Same, dalej w szoku.
Do dwójki rozmówców podchodzi nowy mężczyzna. Wysoki i szczupły, ale w miarę muskularnej postury. Mimo policyjnego munduru, takiego jaki nosili tutaj prawie wszyscy, założony miał kaptur od bluzy którą założoną miał pod spodem. Spod samego czubka kaptura wystają i rozchodzą się w każdą stronę ciemne, zaniedbane włosy, zakrywające część twarzy. W przerwach między włosami nietrudno było dostrzec jego zielone oczy, które niemalże świeciły, kontrastując z cieniem kaptura i włosów. Powieki miał naturalnie przymrużone a oczy podkrążone, jednak twarz gładko ogoloną z brakiem jakichkolwiek zmarszczek, najprawdopodobniej dlatego że rzadko goszczą na niej emocje. Posiada długie ręce zakończone dłońmi schowanymi w kieszeniach. Z wyglądu wydaje się młody, zaledwie kilka lat starszy od samego Same, chociaż zapewne zaniedbany wygląd dodaje mu pare lat i umniejsza jego niemałej, naturalnej urodzie.
“Aiden, zawieź go na miejsce.” rozkazuje Gara-Gara. “A ty, Same, zajmijcie się tym.”
“Tak jest…” odpowiada cicho Same, następnie odwraca się w stronę nowo poznanego policjanta. “Dziękuję.”
Ten tylko podnosi dłoń na znak przywitania z twarzą neutralną jak skała.
★
Minęło już trochę czasu od kiedy to Annie wyruszyła na swoją niesamowitą podróż w poszukiwaniu papierosów w miejscowym markecie, zostawiając Mirai w radiowozie. Ta czeka jedynie na samotnym, małym parkingu pośrodku spokojnych przemieści. Dziewczyna nudzi się niemiłosiernie, zdecydowanie nie tak wyobrażała sobie pierwszy dzień w pracy. Cały dzień siedzenia albo na komisariacie albo w radiowozie. Ale przy dłuższym zastanowieniu, to nawet nie wie czego oczekiwała. Póki co jej największą rozrywką jest oglądanie przechodzących spacerowiczów, przejeżdżających aut albo przelatujących ptaków. Ludzi wychodzących i wchodzących do sklepu. Czas mijał tu wolno i spokojnie.
Mirai już przygotowywała się do powrotu Annie, lecz ta nadal nie wracała. Ze swojego nikłego doświadczenia Mirai już wie że kobieta lubi się ociągać, nieważne czy to prysznic czy jakakolwiek inna czynność. Nawet mimo tego dziewczyna zaczyna się zastanawiać czy coś się nie stało. Czy może by nie wyjść, upewnić się czy wszystko dobrze. Wtedy nowa policjantka zauważyła dopiero że od kilku minut ludzie przestali wychodzić ze środka marketu.
Wtem nagle zza drzwi wybiega zakapturzona postać o szczupłej, kobiecej sylwetce, a tuż za nią Annie. Chociaż zwykle wygląda i zachowuje się cicho i wolno nieważne co by się działo, to teraz biegnie pełna sił i energii. Profesjonalna i skupiona, niczym drapieżnik polujący na swoją ofiarę. Zanim Mirai jest w stanie cokolwiek zrobić kobieta z policjantką za plecami już wbiega do najbliższej uliczki pomiędzy domami, a następnie obie znikają z pola widzenia. Nadal siedząca w radiowozie Mirai z zaskoczenie nie jest nawet w stanie się ruszyć.
“Że co!?”
Wtedy to dopiero odpina pas i także rusza w pościg. Machnięciem ręki zamyka za sobą drzwi. Dziewczyna przebiega przez niewielki parking, pomiędzy zaparkowanymi samochodami i przechodzącymi ludźmi, aż w końcu dociera dociera do uliczki w której nie ma już ani śladu po kobietach które dopiero co tędy mijały.
“Mirai! Pobudka!” wybrzmiewa głos Annie przez krótkofalówkę Mirai, przypiętą przy jej piersi.
“Jestem! Którędy biec?” odpowiada Mirai najszybciej jak może.
“W prawo od uliczki! Podejrzana przebiega przy Rose street.”
“Rose…” powtarza dziewczyna. “W prawo…”
Prędko przebiega wzdłuż budynku i wybiega na ulicę która przecina jej drogę. Spoglądając w lewo Mirai jest w stanie przez sekundę spostrzec Annie wybiegającą w kolejną uliczkę, tym razem w prawo. Jest to jednak kilkadziesiąt metrów wzdłuż ulicy od miejsca w którym stała dziewczyna. Zanim zdążyłaby dobiec do tamtego miejsca już dawno pościg przeniósłby się w innej miejsce. Mirai przez chwilę szuka jakiegoś rozwiązania, ścieżki, czegoś co pomogłoby złapać przestępcę.
Wreszcie znajduje wzrokiem drabinę prowadząca na dach jednego z domów. Popchnięta adrenaliną Mirai decyduje się podążyć tą ścieżką z nadzieją że uda jej się jakoś zajść gonioną z drugiej strony. Wszak gąszcz domków mieszkalnych, pomiędzy którymi goni teraz Annie, rozciąga się w każdą stronę, dając możliwość ucieczki we wszystkie kierunki, z lekkim utrudnieniem przeskakiwania przez niewielkie płotki oddzielające budynki. Mirai rusza przez ulice aż wreszcie wskakuje na drabinę.
“Annie! Mam pomysł!”
“Słucham cię.”
“Mów dokładnie w którą stronę biegniecie i ostrzegaj mnie przed każdym zakrętem! Zaufaj mi!”
“Dobra. Póki co prosto.”
“Prosto…”
Na całe szczęście Mirai ma wrodzony dar nawigacji i orientacji w terenie, w dodatku także dobrą pamięć. Wystarczy że usłyszy raz dany kierunek i nawet w nowej, nieznanej lokalizacji potrafi ułożyć w głowie najszybszą trasę do swojego celu. Tym właśnie sposobem po wejściu na płaski dach jest w stanie domyślić się gdzie przebiega pozostała dwójka. Wnioskując że Annie biegnie na wprost, choć względem położenia Mirai jest to prawo, w tą właśnie stronę rusza dziewczyna.
“Co ja robię?” pyta retorycznie samej siebie.
“W lewo za drugim domem!” informuje Annie przez krótkofalówkę.
“Przypomnij mi dlaczego nie możesz po prostu użyć paralizatora?”
“Zostawiłam w aucie…” odpowiada niezręcznie.
“Aha… A jakieś posiłki? Inny radiowóz?”
“Odpada. Nasz oddział jest i tak nielubiany więc wolę nie pogarszać sytuacji wzywając pomoc do czegoś tak prostego jak złapanie złodziejki z supermarketu.”
“Chyba lepsze to niż żeby uciekła. A patrząc na to jak nam idzie to bardzo prawdopodobne.”
“Dlatego nie możemy na to pozwolić. Pare płotów i znowu wybiegnie na ulicę! Myśl szybko, Młoda!” Annie kończy rozmowę by skupić się na pościgu.
Wtedy dopiero odpala się prawdziwa adrenalina. Mirai bez większego zastanowienia bierze rozbieg i przeskakuje na dach przed sobą. Przerwa nie jest duża więc przeskoczenie nie było problemem, także wysokość ewentualnego upadku nie jest na tyle wysoka żeby zagrażała życiu, ale ryzyko nadal było. Dopiero po chwili Mirai zdaje sobie sprawę z tego co zrobiła, i jak nieostrożne i lekkomyślne to było. Po kolejnej sekundzie przypomina sobie że musi to powtórzyć, teraz na dach po jej lewej. Tym razem nie będzie to jednak takie łatwe, z poprzednimi dwoma dachami mającymi płaską powierzchnię, kolejny za to jest stromy i nierówny, rozłożony z ceramicznych dachówek a nie płaskiego bloku.
Kątem oka jest w stanie dostrzec przebiegającą uciekinierkę biegnącą po podwórku wzdłuż budynku na którego dach Mirai zamierza skoczyć. Annie tymczasem próbuje przebiec przez wszystkie przeszkody które zostały na nią zrzucone, jednak przez to zostaje w tyle. Mirai musi działać, zanim przestępczyni znowu wybiegnie na ulicę gdzie może zniknąć z pola widzenia albo uciec samochodem. Nieważne co, w takiej sytuacji Mirai utknie na dachu a zanim zdążyłaby zejść już byłoby po sprawie, w trakcie gdy Annie musiałaby dalej przejść przez podwórka na których rozrzucone jest coraz więcej przeszkód ze zwykłych przedmiotów znajdujących się dookoła. W każdym razie to musi się skończyć teraz.
Mirai ponownie skacze, jednak tym razem przez śliską powierzenie i nierówny, stromy teren, ześlizguje się w dół dachu. Ciężko upada lewym bokiem i plecami na dachówki aż traci z płuc całe powietrze. Dziewczyna próbuje złapać się czegoś lecz nieudolnie. Nie jest w stanie ruszyć obolałą ręką na którą upadła a samą prawą nie jest w stanie nic wskórać. Jest w stanie jedynie zjeżdżać w dół ku nieuchronnemu upadkowi. W tym samym czasie Annie dopiero co wchodzi na to samo podwórko co uciekinierka, która zaczyna już wspinać się na płot. Już zaczyna przechodzić na drugą stronę, jest na szczycie płotu i wszystko świadczy o tym jakoby już miała się wydostać z kompleksu domków. Tuż nad nimi Mirai spada już z dachu, na szczęście jednak upada na metalowy balkon o słabej konstrukcji. Jedno z zabezpieczeń podtrzymujących załamuje się i odpada pod wagą upadku. Jedynym co ratuje Mirai od spotkania z gołą ziemią poniżej jest prosta barierka złożona z metalowych prętów, z przerwami pod i pomiędzy.
Wraz z upadkiem Mirai uderza stopą w wiadro pełne deszczówki i strąca je przez szparę pomiędzy podłożem a barierką. Zimna woda rozlewa się na część podwórka, w tym na płot na którym jeszcze przebywała uciekinierka. Zalewa jej ręce trzymające się siatki, nogi zwisające już po drugiej stronie, a także sporą część kaptura. Całe jej ciało jest już po stronie ulicy i wystarczy tylko aby się puściła i miałaby szansę ucieczki. Nagle cała rozlana woda zamarza i zamienia się w lód. Dłonie i spodnie mające kontakt z mokrym płotem przyczepiają się do powierzchni i zastygają w miejscu. Cały lodowy ślad podąża od płotu aż do przyczyny nagłego wydarzenia. Po drugiej stronie ścieżki styczność z wodą ma stopa Annie która zatrzymała się ze spokojnym, pewnym spojrzeniem.
“Dzięki, Mirai. Misja wykonana.”
W połowie wystająca zza barierki Mirai patrzy jedynie z zadziwieniem. “Jak…?”
“Kontrola lodu. Nic ciężkiego. Dobra, ty zajmij się zejściem stamtąd a ja zajmę się naszą przyjaciółką.”
Jakiś czas później, po załatwieniu wszystkich spraw ze sklepową złodziejką i odesłaniu jej do aresztu wraz z innym radiowozem. Godzina na zewnątrz robi się coraz późniejsza. Obie kobiety siedzą teraz we własnym radiowozie, którym przyjechały rankiem, dalej zaparkowanym pod wcześniejszym marketem.
“To… Jak tam ręka?” zaczyna Annie w swoim klasycznym niezręcznym stylu.
“Już nawet nic nie czuję.” odpowiada Mirai dotykając swój lewy bark. “Nietypowy pierwszy dzień pracy. Ciekawe jak tam tamta dwójka.”
“Długo ich znasz?”
“W sumie to poznaliśmy się niedawno, na zakończenie akademii gdy Gara-Gara wezwał nas przez to że mieliśmy najlepsze wyniki rocznika.”
“Hmm… Wyglądasz na bardzo przywiązaną jak na kogoś kto zna ich zaledwie pare dni.”
“Hę?! To nie tak!” zawstydza się Mirai.
W tamtym momencie Annie zatrzymuje ją przez wiadomość wydostającą się z jej krótkofalówki.
“Annie? Stało się coś stało...” informuje Korinai z mocni zmartwionym głosem.
★
Chwilę wcześniej.
“Przejebany typ.”
“Ano.” Zaledwie kilka minut wcześniej Yakedo wraz z Danem weszli do alejki a do tej pory nie wydostał się stamtąd żaden dźwięk. Jedynie rozmawiający ze sobą przy papierosie młodzi policjanci przerywali wszechobecną ciszę. “Chwila, czy tamten dziad nie nazwał tego drugiego “Yakedo?””
“Chyba. Co z tego?”
“A nie słyszałeś o jakimś nowym chłopie co to podobno pobił wszystkie rekordy akademii? Sto procent, czy coś takiego. Jak mu tam było? Yakedo… coś tam.”
“No, no… Było coś takiego. Chyba… Mugen?”
“Tak! Yakedo Mugen. Ale skoro ktoś taki jak on tam poszedł to znaczy że my mamy już robotę z głowy. Niech tamta dwójka się tym zajmie.”
“W sumie racja! Czekaj…” teraz policjant wraz z przypomnieniem sobie imienia Yakedo, metodą skojarzeń przypomina mu się kolejny fakt. “A tamten Mugen… Tak! On był Controlerem!”
“Serio? W sumie ten dziad powiedział pod koniec coś dziwnego jakby byli Controlerami. To znaczy że to oni są tym oddziałem Controlerów który miał przyjechać. Jak tak to ich jebać!”
“No właśnie! Nawet jak zdechną to nie będzie żadna strata!” euforia dwóch policjantów jest tak duża jakby rozmawiali o wygranej swojej ulubionej drużyny sportowej a nie o śmierci drugiego człowieka. Zapewne gdyby mieli przy sobie kufle piwo to stykneli by się nimi.
“No i klasa!”
★
W opustoszałym sklepie jubilerskim Dan stara się poruszać najciszej jak to tylko możliwe. Wie, że jest teraz sam, z Yakedo czekającym na zewnątrz, a on sam działa na własną rękę. Skrada się przy akompaniamencie alarmu antywłamaniowego w otoczeniu szkła i pozostawionych przedmiotów. Pomimo rozbitych szyb, droga biżuteria czeka nieruszona, na wyciągnięcie ręki w swoich otwartych futerałach, co zaskakuje Dana. Pokazuje to że celem uzbrojonego mężczyzny nie jest rabunek. Dlaczego więc zaczął strzelać do przechodniów? Teza Dana o próbie przestraszenia ludzi w okolicy by ułatwić kradzież, właśnie się wykluczyła. Więc dlaczego? Przez głowę policjanta przebiegają setki myśli i teorii, ale sprawnie je odrzuca, skupiając się jedynie na tym co przed nim.
Przemierzając główne pomieszczenie sklepu jubilerskiego, przy jednej ze ścian Dan znajduje drewniane drzwi, a za nimi schody prowadzące na górne piętro. Przez to całe dolne przeznaczone jest na otwartą przestrzeń sklepową w której nie ma żadnego miejsca do schowania, nietrudno się domyślić że to właśnie u góry ukrywa się mężczyzna. Dan powoli wspina się po schodach, stąpa lekko, cicho, trzymając pistolet w gotowości. Kiedy dociera na piętro, znajduje korytarz z czterema drzwiami, po parze na stronę. Przy ścianach także ustawione są różne szafki lub inne meble, obrazy czy też zdjęcia, a na podłodze rozłożony jest czerwony stary dywan. Na samym końcu korytarzu ukazuje mu się okno które widział gdy jeszcze razem z Yakedo stał w alejce za budynkiem. Światło jest zgaszone więc jedyne źródło światła jakie dochodzi do tej części budynku przedostaje się przez to właśnie okno. Każde z drewnianych drzwi wyglądają na zamknięte, co najmniej domknięte, chociaż intuicja mu podpowiada aby uważał na ostatnie po prawej. Właśnie zza tamtych drzwi właśnie dało się usłyszeć ciche szmeranie i mamrotanie. Dlatego właśnie Dan był pewien że to właśnie za tymi drzwiami czeka jego cel.
Dywan skutecznie zagłusza kroki policjanta który teraz zbliża się do źródła dźwięków, nieprzerwanie celując broń w stronę drzwi. Jednak nawet mimo pewności tego gdzie siedzi przestępca, Dan nie przestaje rozglądać się dookoła i trzymać skupienie na każdych z drzwi, gdyby miał się mylić. Jednak nieszczęśliwie stąpa na skrzypiącą deskę która wydaje z siebie głośny jęk. Dan jest w stanie powiedzieć jedynie ciche “Kurwa!” zanim drzwi do których zmierzał otwierają się z hukiem, a nawet wypadają z zawiasów i uderzają o ścianę obok okna. Policjant próbuje szybko cofnąć się na schody, lecz na to za późno i zdąża jedynie wbiec do pierwsze drzwi po lewej. Z miejsca w którym jeszcze sekundy temu były drzwi teraz wybiega mężczyzna w poszarpanych ciuchach, łysy – a bardziej z powyrywanymi włosami odsłaniając głowę pełną siniaków i krwiaków, cięć i brudu. Jego oczy były całe przekrwione i nietrzeźwe, nieświadome. Wykrzykuje tylko: “GIŃ, JEBANY PSIE!” w tym samym czasie wystrzeliwuje kilka pocisków w stronę policjanta ale na szczęście żaden nie trafia w cel, żaden nawet nie jest blisko drzwi obok których ukrywa się Dan.
“Poddaj się, kupo gówna, to może dostaniesz mniejszy wyrok! Chociaż i tak wątpię, abyś dostał cokolwiek poniżej dożywocia!” wykrzykuje Dan zza osłony drugiego pomieszczenia.
“Spierdalaj!”
“Pomyśl, jeśli w ogóle jesteś w stanie robić coś tak ciężkiego! Nawet jeśli mnie zabijesz, co dalej? Już tu pewnie jadą kolejne trzy radiowozy. Myślisz, że z nimi też dasz sobie radę? Wparuje tu pięciu policjantów naraz i po tobie. Aż tak ci spieszno do grobu?” Jego głos cały czas narasta, staje się coraz głośniejszy, budzi jeszcze większą presję na wrogu. “To wszystko o ile uda ci się zabić mnie, w co szczerze wątpię. Wyznam ci pewien sekret. Nie jestem jak inni policjanci. W dupie mam te wszystkie przepisy. Zgłaszam się do takich robót tylko po jedno. Wiesz po co? Żebym mógł bezkarnie zabijać ścierwa takie jak ty!” W tym momencie przestępca już dawno przestał strzelać a teraz już tylko się trzęsie na środku korytarza. “Kolejny sekret. Jestem w chuj naćpany, a ty mnie wkurwiłeś. Nie panuję nad sobą, więc radzę ci SPIERDALAĆ!” na zakończenie całej przemowy, żeby jeszcze dobić swoje słowa, Dan kopie z całej siły w głuchą ścianę tuż za sobą, wywołując jeszcze większy hałas w całym budynku.
Mężczyzna jest teraz w jeszcze większym przerażeniu. Rozgląda się dookoła korytarza szukając sam nie wie czego. Wreszcie znajduje za sobą okno. Nie wie dokąd prowadzi, a tym bardziej nie wie że to przyszykowana na niego pułapka. Bez większego zastosowania odwraca się i z rozbiegu wyskakuje przez nie, nie myśląc o wysokości ani o szkle.
‘Wszystko zgodnie z planem! Teraz wszystko w rękach Yakedo!’
Tymczasem dalej w alejce, zgodnie z rozkazem Dana, Yakedo czatuje zestresowany przy jednej ze ścian. Nieważne ile by się przygotowywał, nigdy nie byłby w pełni gotowy na to co właśnie ukazuje się jego oczom. Już po usłyszeniu strzałów i krzyków Yakedo przeszedł do pełnego skupienia, ale mimo to zaskoczył się kiedy przerażająco wyglądający mężczyzna rzeczywiście wyskoczył przez okno. Upada on na ziemię i z impetem uderza w betonowy mur przed sobą, wytwarzając głośny, pusty odgłos. Yakedo wyciąga broń przed siebie, ale w jednym momencie opuszcza go cała odwaga. “Stać! Policja!” to jedyne co jest w stanie z siebie wykrztusić, choć ostatecznie okrzyk brzmi o wiele słabiej niż Yakedo przypuszczał. Mężczyzna ignoruje go, szybko podnosi się z ziemi, przy tym podnosząc szklaną butelkę leżącą obok i rzuca nią w stronę policjanta. Yakedo zasłania się rękami a butelka rozbija się o nie. Ostry kawałek szkła wbija się w nadgarstek, przez ból chłopak wydaje z siebie głośne wycie. Wykorzystując tą okazję przestępca ucieka wzdłuż alejki aż wreszcie wyważa drzwi do sklepu rzeźnickiego. Niewiele później Dan dociera na miejsce. Kiedy widzi ranę Yakedo rzuca jedynie “Nie mamy na to czasu! Za mną!”. Nie mając innego wyboru Yakedo musi zignorować swoją ranę i podążyć za Danem.
Po chwili oboje wchodzą do środka, do otwartej, zimnej przestrzeni chłodni. Wszędzie gdzie tylko spojrzą otaczają ich wielkie cielska martwych zwierząt, kawały mięsa powieszone na hakach. Paskudny odór wraz z chłodem uderza policjantów, zatrzymując ich na chwilę w miejscu. Wiedzą że pośród labiryntu krwawego mięsa muszą stąpać ostrożnie. Dan wyrusza pierwszy. Powoli idzie pomiędzy zwisającym mięsem, uważnie obserwując każdy kawał z osobna, lecz jest ich tak dużo że to praktycznie niemożliwe by zauważyć wszystko. Yakedo idzie za nim, trzymając niewielki dystans przez swoją ranę. Oboje szukają niebezpieczeństwa dookoła. Tutaj gdzie dźwięk jest wygłuszony, ostrożny musi być każdy krok, każdy oddech. Słyszą go. Wiedzą że jest z nimi w pomieszczeniu ale nie wiedzą gdzie. Dźwięk kroków całej trójki gubi się wśród wiszącego mięsa.
Nagle kawał mięsa zawieszony przed Yakedo zostaje gwałtownie odepchnięty i z impetem uderza w jego bok, zostawiając ślady krwi na ciemnogranatowym płaszczu przewracając go na ziemię. Dan odwraca się w jego stronę w jednej chwili i od razu zauważa wroga. Przez lata doświadczenia reakcja policjanta jest szybsza niż normalnych ludzi dlatego jest w stanie szybko rzucić się na napastnika zanim ten dokona następnego ataku. Dan chwyta go za koszulę i z całej siły rzuca nim o ścianę. Wróg jednak podnosi się błyskawicznie i popycha w Dana zwisające mięso, co przewraca go na ziemię. W trakcie upadku Dan upuszcza również swój pistolet który szura po wilgotnych płytkach. Zanim jest w stanie go dosięgnąć czuje brutalne kopnięcia w swój brzuch. Nad nim już stoi mężczyzna. Patrzy na policjanta w swoim ślepym gniewie, przekrwione oczy i maniakalny wzrok dopełniają do niemal bezzębnej twarzy. Całe jego ubranie — podarte i poszarpane, przesiąknięte brudem, daje z siebie niemal oślepiający odor. Przez wszystkie krwiaki, wysypki i zmarszczki nie da się poprawnie określić wieku mężczyzny, może równie dobrze mieć dwadzieścia jak i sześćdziesiąt lat. Celuje prosto w głowę Dana swoją własną bronią.
Wtedy…
Wystrzał. Krew rozbryzguje się na zimnych ścianach jak i na podłodze. Mięso wiszące dookoła także zostaje splamione nową krwią. Głośny huk pistoletu dezorientuje Dana, ale gdy otwiera ponownie oczy widzi bezwładne ciało przestępcy osuwające się obok niego. Przez obie strony czaszki mężczyzny przechodzi teraz niewielka dziura po kuli. Dan odwraca się w stronę skąd dobiegł strzał, a tam stoi Yakedo. Cały wstrząśnięty, przerażony, z dalej wycelowanym przed siebie pistoletem, z którego lufy wciąż wydostaje się dym.
“O kurwa…” Mówi niemal szeptem. “O kurwa!” Z każdym powtórzeniem mówi coraz głośniej. Teraz aż krzyczy, ogarnięty przerażeniem. “O kurwa! Ja… Ja go zabiłem!” Pistolet który trzymał upada na ziemię. Wyślizguje się z trzęsących rąk.
Dan rozpoznaje już całą sytuację. Powoli wstaje z ziemi, podnosi swoją broń, sprawdza tętno mężczyzny — brak. Następnie idzie w stronę Yakedo. Niemalże go mija, lecz gdy stoi już przy jego boku rzuca oschle. “Brawo, zabiłeś człowieka. A teraz weź się w garść i rusz dupę. Nasza robota tutaj się jeszcze nie skończyła.”
Idzie dalej, w kierunku z którego przyszli jednak zatrzymuje się przed drzwiami gdy słyszy odgłos wymiotowania. Odwraca się do Yakedo raz jeszcze, patrzy na niego bez większych emocji na twarzy, lecz w głębi siebie czuje mieszaninę żalu i wyrozumiałości.
“Idź do karetki, niech cię opatrzą. Na dziś masz wolne.”
★
‘Yakedo zabił człowieka.’ Te trzy słowa dalej tkwią w głowie Same, nawet po długim czasie od kiedy je usłyszał od komendanta Gary. Jedzie w radiowozie wraz z nieznanym mu jeszcze Aidenem. Od kiedy jadą mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Po kilkunastu minutach docierają na miejsce. Niebiesko-czerwone światła policyjnych radiowozów jak i karetek witają ich nieprzyjaźnie i rozświetlają okolice. Aiden i Same parkują w pobliżu a za nimi zauważają podjeżdżający kolejny radiowóz, z którego po chwili wysiadają Mirai i Annie. Same podchodzi szybko do jedynej osoby którą zna. Oboje otwierają usta by coś powiedzieć, ale ostatecznie wybrzmiewa jedynie cisza. Ich oczy spotykają się i rozumieją się bez słów, wiedzą że muszą znaleźć gdzieś Yakedo i pomóc mu w jego niewątpliwym cierpieniu. Po zbliżeniu się do zbiorowiska pojazdów zauważają go stojącego przy otwartym tyle karetki. Na zewnątrz robił się już wieczór.
‘“Pamiętaj, przemoc nigdy nie jest rozwiązaniem.”’
‘Wiem… Przecież kurwa wiem. Ale… nadal to zrobiłem. Zabiłem go. Zabiłem człowieka. Teraz jestem taki sam jak ON! ON cię… Ale przecież zrobiłem to by ratować Dana. …Tylko czy to mnie jakkolwiek usprawiedliwia? Czy to było jedyne rozwiązanie?’ W tym momencie zatracony w myślach Yakedo zauważa idących w jego stronę Mirai i Same. ‘Co oni tu robią? Nie mogą mnie tak zobaczyć! Przecież miałem być ich liderem, do cholery! Nie mogą zobaczyć mnie całego roztrzęsionego, we łzach! Weź się w garść, idioto!’ Zabandażowaną ręką przeciera twarz, rozmazując łzy i brud. ‘Muszę stać się silniejszy! Muszę być twardy, a nie tylko udawać takiego! Muszę stać się prawdziwym liderem!’
“Yakedo, nic ci nie jest?” pyta zmartwiony Same.
“Nie…” zaczyna załamanym głosem, ale szybko się poprawia. “Nie. Żyję.”
“Czy to prawda że…”
“Tak… Nie wiem po co żeście tu przyszli ale nic mi nie jest.” odpowiada stanowczo Yakedo. Udaje jakby nic mu nie było. Chowa swoje emocje za sobą i próbuje skupić się na małych, osiągalnych zadaniach. “Nie wiem jak wy, ale ja idę do domu.” Szybko mija swoją drużynę a następnie ich kierowców. Nie ważne jak kłamie — swoich przerażonych oczu nie potrafi oszukać. Mirai chce coś powiedzieć, albo chociaż za nim pójść, ale Annie łapie ją za rękę i przecząco kiwa głową.
“Dzieciaku!” wcina się Dan który idzie z przeciwnego kierunku. “Wsiadaj do tego radiowozu po lewej!”
Yakedo wsiada posłusznie, jest w zbyt wielkim szoku żeby się sprzeciwiać, może nawet nieświadomie wykonał rozkaz. Dan po chwili zrównuje się z Annie i Aidenem.
“Zabiorę go na posterunek a potem do domu.” proponuje Annie.
“Aiden, zawieź go na posterunek.” prosi Dan, ignorując słowa dziewczyny.
“Przecież powiedziałam że ja to zrobię.” naciska policjantka.
“Nie!” Dan odmawia stanowczo i wściekle. “Ty za dużo gadasz! Dzieciak potrzebuje teraz ciszy, a Aiden który prawie nic nie mówi lepiej się do tego nadaje.”
Aiden zgadza się w ciszy i na znak Dana opuszcza policjantów, kierując się w stronę radiowozu w którym czeka już Yakedo.
★
Przez następne kilka dni Yakedo nie pojawia się na komisariacie. Dwójka policjantów — Same i Mirai — zaczynają już podejrzewać że może nawet zrezygnował z pracy policjanta, lecz Gara-Gara bezustannie zaprzeczał tą teorię. Ostatnie dni ich pracy polegały jedynie na spokojnych patrolach, lub papierkowej robocie na komisariacie. W końcu postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Trzy dni po wydarzeniach z uzbrojonym mężczyzną którego Yakedo musiał zabić, tuż po zakończeniu służby Mirai podchodzi do Same który właśnie wychodził z szatni, już ubrani w cywilne ubrania. Dziewczyna wiedziała że oboje mają jutro wolne co pozwoliło jej zrealizować swój plan.
“Same, chodź na chwilę.”
“Coś się stało?” pyta zaskoczony po wykonaniu prośby.
“Też masz jutro wolne?” Jest to bardziej stwierdzenie faktów niż pytanie.
“Tak…?” odpowiada niepewnie, nie wiedząc o co dokładnie jej chodzi.
“Pomyślałam sobie że skoro oboje mamy jutro wolne, to może byśmy odwiedzili Yakedo. Zobaczyli jak się trzyma.”
“Oh… W sumie dobry pomysł. Tylko, wiesz gdzie on mieszka?”
“...Nie. Nie pomyślałam o tym.” przyznaje zawstydzona Mirai.
Jeszcze o tym nie wiedzą ale ich rozmowie przysłuchuje się recepcjonistka Korinai, która nagle dołącza do rozmowy wyskakując zza swojego biurka. “Chcecie iść do tego ładnego?”
“Do Yakedo.” poprawia zażenowana Mirai.
“Dobra, już nie będę udawać że nie słyszałam całej waszej rozmowy. Mogę wam dać jego adres, ale pod jednym warunkiem. Idę z wami.” oznajmiła, uśmiechając się nikczemnie.
“Hę?!” przeciąga dziewczyna, podnosząc jedną brew w zdziwieniu.
“Jasne, nie ma problemu!” łagodzi sytuację Same.
“Ha!” Sekretarka podskakuje dumnie, jakby wygrała jakiś teleturniej, bardziej przypomina dziecko niż zbliżającą się do trzydziestki dziewczynę pracującą w policji. “No dobrze, zaraz sprawdzę jego adres, a wy idźcie już do domu. Spotkamy się jutro o dziesiątej pod komisariatem!”
Please sign in to leave a comment.